Nawigacja

Facebook

Losowa Fotka

Aktualnie online

· Gości online: 2

· Użytkowników online: 0

· Łącznie użytkowników: 16
· Najnowszy użytkownik: maro

Krwawe Motha 2. Witamy w Motha!

Witamy w Motha!

Tego roku zima zjawi?a si? w Motha z zaskoczenia. Ca?y ostatni tydzie? przed ?wi?tami Bo?ego narodzenia la?o jak z cebra, by w przeddzie? wigilii nieoczekiwanie usta?. Wtedy, gdy wydawa?o si? ju?, ?e mrozy poczekaj? przynajmniej do stycznia nagle temperatura spad?a do 5 stopni Fahrenheita, a w nocy zacz??o sypa? ?niegiem. Rano mieszka?ców powita? bia?y kobierzec przykrywaj?cy dachy, trawniki, drogi i wszystko, co tylko by?o w zasi?gu wzroku. Zapowiada?y si? pi?kne ?wi?ta, ale wkrótce okaza?o si?, ?e mia?o to swoj? cen?. Woda od siedmiu dni sp?ywaj?ca na miasteczko zamieni?a si? w lód, który zalega? pod warstw? puchu bez ma?a wsz?dzie tworz?c niewidoczne, zdradliwe ?lizgawki. Jako pierwsza przekona?a si? o tym Margaret O’hara, która wychodz?c do skrzynki na listy po?lizgn??a si? zaraz po zej?ciu z ganku swojego pami?taj?cego jeszcze czasy konfederacji domu. Przewróci?a si? tak niefortunnie, ?e skr?ci?a kostk?, a dodatkowo l?duj?c na ziemi nadwyr??y?a nadgarstek prawej d?oni. Kolejny by? ma?y Frank, który nie zdo?a? wyhamowa? na lodzie przed bram? do komórki, gdzie przechowywa? swoje dzieci?ce skarby i nabi? sobie pot??nego guza jednocze?nie rozcinaj?c, na szcz??cie niezbyt gro?nie skór? na czole. Dalej by? listonosz Mark Wells, a przed godzin? dziesi?t? do grupy poszkodowanych do??czy?o jeszcze dwoje innych osób.

Wigilijny dzie? nie zapowiada? si? wi?c tak, jak planowa? to sobie Harry Neil. Zamiast sennego dy?uru od rana mia? w swoim ambulatorium pe?ne r?ce roboty. Ofiary wybryków aury jedna po drugiej pojawia?y si? w poczekalni docieraj?c tam o w?asnych si?ach albo w asy?cie krewnych lub znajomych. Jako czwarta w kolejno?ci zjawi?a si? Margaret. Na miejsce przywióz? j? s?siad, John Malloney, który podtrzymywa? j? uczynnie gdy ku?tyka?a z samochodu do drzwi kliniki. Otwieraj?c je wynios?ym wzrokiem ogarn??a poczekalni? i apodyktycznie zwróci?a si? do Nicky przyjmuj?cej zg?oszenia i kieruj?cej pacjentów do Harry’ego. Gdzie jest doktor? Natychmiast musz? widzie? si? z doktorem! Po ustaleniu, ?e Margaret nie jest umieraj?ca Nicky zaproponowa?a jej by poczeka?a na swoj? kolej. To nie mog?o zosta? dobrze przyj?te. O’Hara od zawsze ?y?a w przekonaniu, ?e ?wiat zosta? zbudowany po to, by zaspakaja? jej zachcianki. Zapewne by?aby szczerze zaskoczona gdyby kiedykolwiek dowiedzia?a si? o tym, ?e inni ludzie te? maj? jakie? swoje potrzeby. W ka?dym razie je?li kto? mia? czeka? w kolejce, to na pewno nie ona.
- M?oda damo - powiedzia?a lodowatym tonem - chyba nie wyobra?asz sobie, ?e b?d? sta?a tu ze z?aman? nog? i r?k??!
- Mo?e pani przecie? usi???, a tych dwoje by?o przed pani? i te? potrzebuje pomocy - odrzek?a niefrasobliwie Nicky.
S?ysz?c to Margaret prawie straci?a dech w piersi. Jak ta smarkula ?mie tak j? traktowa??! J?, Margaret O’Hara, wnuczk? pierwszego burmistrza Motha dostojnego Thomasa Wells’a i ?on? pó?kownika Armii Ameryka?skiej Jamesa O’Hara (niech spoczywaj? w pokoju)! W tym momencie by?a gotowa odwróci? si? na pi?cie i wyj?? trzaskaj?c drzwiami. W por? jednak przypomnia?a sobie, ?e Harry jest jedynym lekarzem w Motha, a od najbli?szego miasta posiadaj?cego klinik? oddziela j? 95 mil pokrytej go?oledzi? drogi. Z obra?on? min? usiad?a wi?c na krze?le, si?gn??a po jedn? ze starych gazet, które le?a?y na stoliku w celu umilania pacjentom oczekiwania i z trudem t?umi?c z?o?? otworzy?a j? udaj?c zainteresowanie.

By? to stary numer New York Timesa sprzed blisko pó? roku. Przez kilka chwil bezmy?lnie przerzuca?a kartki a? nieoczekiwanie co? przyku?o jej uwag? - reporta? z ich miasteczka, z Motha gdzie przed sze?cioma miesi?cami zdarzy?o si? co? niewyobra?alnego. Nie pojmany po dzi? dzie? snajper zastrzeli? wielebnego Christo Mallone, Matta Barisenio i Alberta Wayl’e bior?cych udzia? w pogrzebie miejscowego hodowcy ?wi? Johna Waltera Maggiore. Strza?y oddane przy pomocy wykonanych ze z?ota pocisków typu dum dum rozerwa?y cia?a ofiar na strz?py. Obraz po rzezi jaka rozegra?a si? w ci?gu kilkudziesi?ciu sekund tego upalnego, sierpniowego dnia na zawsze zosta? w pami?ci braci Vasquez. To g?ównie na podstawie ich relacji sporz?dzono reporta? dla NYT. Wa?nie oni zostali wezwani telefonem Alphonso Maritega, który dzwoni?c na komisariat niezrozumia?ym, rozedrganym szeptem rozpaczliwie b?aga? o pomoc. Alphonso prowadzi? bar „Pod Dzikim Kogutem” w naro?niku rynku, na którym snajper urz?dzi? sobie strzelnic?. By? sze??dziesi?ciokilkuletnim pozbawionym z?udze?, cynicznym egocentrykiem, który jako jedyny ze ?wiadków zachowa? do?? przytomno?ci umys?u by zadzwoni? na Policj?. Z jego udzielanych przez telefon, chaotycznych wyja?nie? Vasquez niewiele zdo?ali zrozumie? poza tym, ?e na rynku kto? strzela i potrzeba jest pomoc. Po dotarciu na miejsce, na Boga, nie spodziewali tego, co ujrzeli! Pierwsz? rzecz? jak? dostrzegli by?o pot??ne cia?o Christo Mallone. Wielebny le?a? twarz? do ziemi, a z jego pleców zion??a nieregularna dziura wielko?ci talerza. Bia?a sutanna prawie w ca?o?ci zd??y?a zmieni? kolor na ciemno czerwony. Pi?? jardów dalej nieruchomymi oczami wpatrywa? si? w niebo Matt Barisenio. Wokó? ka?dego z nich rozlewa?y si? ka?u?e krzepn?cej krwi. Jednak najgorszy by? widok Alberta Wayle’a, a w?a?ciwie tego, co z niego zosta?o. Na prawym boku le?a? kikut jego korpusu z poszarpanym otworem po ?wie?o przeprowadzonej pociskiem dum dum b?yskawicznej dekapitacji. Z jego wn?trza wystawa?y urwane ?y?y i t?tnice szyjne. Wokó? wala?y si? jak przemielone przez maszynk? do mi?sa fragmenty uszu, zwojów mózgowych, naczy? krwiono?nych i wreszcie tu i ówdzie, jakby wsadzone dla urozmaicenia w tym brunatno czerwonym chaosie, bia?e od?amki ko?ci czaszki. Zobaczywszy to Jonathan, m?odszy z braci Vasquez natychmiast odwróci? si? i wstrz?sany konwulsjami zwymiotowa? pierwszy raz. Jego brat nie kaza? na siebie czeka? i ju? po chwili obaj stali pochyleni nad pobojowiskiem u?wietniaj?c je zawarto?ci? swoich ?o??dków.

Obraz tamtych dni ponownie stan?? przed oczami Margaret, która z obrzydzeniem odsun??a od siebie gazet?. Nie czyta?a dalej. Nie chcia?a przywo?ywa? w pami?ci tego, co zobaczy?a wówczas z okna na pi?trze swojego domu. Zreszt? i tak zna?a to przecie? na pami??, jak wszyscy bez ma?a mieszka?cy Motha.

Nikt nie by? w stanie zrozumie? czemu ?mier? spotka?a trzech, bogu ducha winnych obywateli ich miasteczka ani dlaczego przybra?a ona posta? masakry. Równie? Policja i FBI mimo wielomiesi?cznego ?ledztwa nie by?y w stanie doszuka? si? motywów dzia?ania zabójcy i poza zlokalizowaniem miejsca, z którego odda? strza?y w?a?ciwie nic nie uda?o si? im ustali?. To?samo?? zbrodniarza pozostawa?a tajemnic?, cho? co do jednego FBI by?o przekonane - ?e by? najwy?szej klasy zawodowiec. Strza?y oddano z odleg?o?ci ponad tysi?ca jardów, a ka?dy z nich by? piekielnie precyzyjny. By?o ich dok?adnie trzy - tyle, ile ofiar. Ani jednego wi?cej. Zabójca nie pozostawi? ?adnych ?ladów. Rezultatów nie da?y skrupulatne poszukiwania przeprowadzone na miejscu, z którego musia? strzela?. Nie znaleziono nie tylko ?usek, prochu czy DNA ale nawet nitek z jego ubrania ani odcisków butów, po prostu nic. Gdyby nie fakt, ?e analiza balistyczna jednoznacznie wskazywa?a na wzgórze nad miasteczkiem jako miejsce oddania strza?ów, to FBI uzna?oby, ?e mordercy w ogóle tam nie by?o. A jednak musia? by? on w?a?nie tam. Nie natrafiono te? na ?adnego ?wiadka, który pami?ta?by jakiegokolwiek obcego, który móg?by by? odpowiedzialny za t? zbrodni?, mimo i? przes?uchaniu poddano dziesi?tki mieszka?ców Motha i okolic. Jatki dokona? wi?c zabójca dysponuj?cy nie tylko unikalnymi umiej?tno?ciami snajperskimi ale równie? potrafi?cy perfekcyjnie zaciera? ?lady. Wszystko to jednoznacznie ?wiadczy?o, ?e musia? to by? jeden z kilerów z najwy?szej pó?ki specjalizuj?cych si? zabójstwach na zlecenie. Jednak co kto? taki robi? w prowincjonalnym, zapomnianym przez ?wiat Motha i dlaczego za cel upatrzy? sobie trójk? najzwyklejszych, szarych obywateli? Nie mia?o to ?adnego sensu, dlatego intensywnie rozpatrywano te? koncepcj? seryjnego mordercy. Jednak i tu jednak natrafiono na nierozwi?zywalny problem. Nigdzie w okolicy, a jak okaza?o si? po kilku miesi?cach poszukiwa? zakrojonych na coraz szersz? i szersz? skal? równie? nigdzie w ca?ym kraju nie natrafiono na ani jeden podobny przypadek. Strza?y oddane przez snajpera do niewinnych ofiar pociskami dum dum o kalibrze 7,62. To by?oby jeszcze w miar? „normalne”, ale najbardziej zaskakuj?cym szczegó?em by?o to, ?e pociski wykonane by?y z … 24 karatowego z?ota. Takich zdarze? po prostu nie by?o w ogóle, przynajmniej w aktach dotycz?cych ostatnich dziesi?ciu lat, które obj?to analiz?.

Mimo i? Margaret stara?a si? odgania? od siebie wszelkie zwi?zane z tamtym dniem my?li, to raz obudzone natarczywie powraca?y one przywo?uj?c krwawe obrazy. Dopiero s?owa Nicky: „Margaret, twoja kolej” wyrwa?y j? z nat?oku niechcianych wspomnie?. Zmiana kontekstu by?a tak gwa?towna, ?e nawet nie zd??y?a oburzy? si? za nazwanie jej po imieniu, zamiast „Mrs O’Hara”. Z pomoc? Johna Malonney’a zacz??a wstawa? staraj?c si? nie obci??a? lewej nogi.

Gdy by?a ju? prawie ca?kiem wyprostowana k?tem oka zauwa?y?a, ?e drzwi poczekalni zacz??y uchyla? si? powoli. W?ska szczelina mi?dzy skrzyd?em, a futryn? wype?ni?a si? ciemn? plam?, która w miar? jak drzwi otwiera?y si? coraz bardziej przyj??a kszta?t zakapturzonej, niew?tpliwie m?skiej postaci. Mimo i? twarz przybysza pozostawa?a niewidoczna, to jednak ze sposobu ubrania w d?ugi, staromodny p?aszcz i sylwetki dla Margaret by?o jasne, ?e ma do czynienia z kim? obcym. Motha by?o ma??, prowincjonaln? mie?cin?, której wszyscy mieszka?cy znali si? nawzajem, a cz?owiek w drzwiach z pewno?ci? nie by? jednym z nich. Ruchy m??czyzny by?y dziwnie nienaturalne tak, ?e Margaret zacz??a z narastaj?cym niepokojem wpatrywa? si? w niego. Nie wiedzia?a, czego si? spodziewa?, ale przeczuwa?a, ?e za chwil? wydarzy si? co? z?ego. Przez u?amek sekundy obrzuci?a wzrokiem poczekalni?, ale nikt poza ni? nie zwróci? uwagi na przybysza. Ponownie zawiesi?a na nim spojrzenie tym razem spogl?daj?c w dó?, by z przera?eniem dostrzec, ?e pod lewym kolanem sterczy krwawy, zmia?d?ony jak?? pot??n? si?? kikut ?ydki. Jej dolnej po?owy, jak i stopy nie by?o na swoim miejscu, a z kikuta na brudnoszar? pod?og? poczekalni raz po raz tryska?y strugi jasnoczerwonej krwi. Ponownie przywo?ane tym widokiem obrazy sprzed pó?rocza jak w kalejdoskopie przebieg?y przed oczami Margaret pot?guj?c jej wstr?t i przera?enie. Tymczasem m??czyzna z wolna zacz?? osuwa? si? na pod?og? jednocze?nie ca?ym cia?em napieraj?c na wpó?otwarte drzwi. Nie naprawiane od miesi?cy zawiasy nie wytrzyma?y obci??enia i Margaret dostrzeg?a jak najpierw wyginaj? si?, by w chwil? potem oderwa? si? od futryny, a pozbawione punktu zaczepienia skrzyd?o nie?piesznie, jak na filmie odtwarzanym w zwolnionym tempie, sp?ywa w dó?. Brz?k t?uczonego szk?a brutalnie wyrwa? z w?asnych my?li wszystkich pozosta?ych oczekuj?cych. Os?upiali odwracali g?owy w kierunku zak?ócaj?cego ich spokój ?ród?a ha?asu. Jane Foster siedz?ca dwa krzes?a od tego, które jeszcze przed chwil? zajmowa?a O’hara, wypu?ci?a z r?ki kubek z niedopit?, cuchn?c? kaw? macchiato serwowan? za 50 centów przez zdezelowany automat stoj?cy w rogu poczekalni. Kubek najpierw obróci? si? dwukrotnie w powietrzu zanim spad? na pod?og? do góry dnem. Resztki kawy rozprys?y si? wokó? znacz?c br?zowymi kropkami ?wie?o uprane, bia?e spodnie Johna Malonney’a. Oczy stoj?cego po przeciwnej stronie poczekalni listonosza Marka Wellsa otwiera?y si? coraz bardziej i bardziej, podczas gdy okaleczone cia?o intruza osuwa?o si? na posadzk?. Nicky, która jeszcze przed chwil? ty?em do drzwi uk?ada?a dokumenty na pó?ce okr?ci?a si? wokó? swojej osi, by widz?c wystaj?cy z kikuta lewej nogi fragment ko?ci piszczelowej z przera?eniem unie?? obie d?onie do ust i zastygn?? w bezruchu. Ani ona, ani nikt inny nie wyda? z siebie najmniejszego d?wi?ku. S?ycha? by?o tylko spadaj?ce od?amki rozbitej szyby. Margaret rejestrowa?a te wydarzenia z dok?adno?ci? kamery wysokiej rozdzielczo?ci. ?aden, nawet najdrobniejszy szczegó? nie umyka? jej uwadze. W??cznie z tym, ?e zaci?ni?ta kurczowo prawa d?o? przybysza uzbrojona by?a w spoczywaj?cy na ?rodkowym palcu z?oty sygnet z krwistoczerwonym koralem wielko?ci kostki do gry.

Gdy wszystkie od?amki szk?a opad?y, zapad?a cisza, a przybysz znieruchomia? na brzuchu w nienaturalnie wykr?conej pozycji. Wtedy rozleg? si? krzyk Nicky: - Harry! Haaarry! Chod? tu natychmiast!
Dopad?a drzwi, szarpn??a za klamk? i rzuci?a jeszcze raz
- Chod?! Szybko!
Neil, którego zd??y? ju? zaniepokoi? brz?k t?uczonego szk?a po?piesznie wybieg? z gabinetu. Wzdrygn?? si? mimo i? by? przyzwyczajony do widoku krwi. Nieznajomy le?a? na pod?odze, a z rozerwanej t?tnicy podkolanowej raz za razem tryska?a posoka tworz?c wokó? rozrastaj?c? si? czerwon? ka?u??. Harry gapi? si? na ten obraz jak zamurowany. Wreszcie fontanna zacz??a s?abn??. Pociek?a jeszcze jedna, s?abn?ca struga i strumie? zamar?. W tym momencie Harry odzyska? zdolno?? dzia?ania. „Tampony!” Rykn?? do Nicky i rzuci? si? ku rannemu. Odwróci? go na plecy ale zanim zd??y? zrobi? cokolwiek znieruchomia? ponownie. Lewa r?ka przybysza do tej chwili przytrzymuj?ca po?? p?aszcza opad?a na pod?og? ods?aniaj?c rozpruty uko?nym ci?ciem brzuch. Z rany wyla?a si? miazga wn?trzno?ci. Organy wewn?trzne by?y po?wiartowane, jakby sprawca nie ograniczy? si? do zadania jednego, rozcinaj?cego ci?cia, ale sieka? je dalej kolejnymi ciosami. Unurzane w brunatno czerwonej brei jasne, poszatkowane fragmenty jelita cienkiego bez po?piechu sp?ywa?y na przybrudzon? pod?og? poczekalni. „Kto, do cholery ci? tak urz?dzi??!” pomy?la? Harry nie mog?c uwierzy? w to co widzi, gdy nagle wn?trze rozp?atanego brzucha z lekka nad??o si?, wypuczy?o narastaj?cym b?blem, który wreszcie z charakterystycznym odg?osem „puff!” p?k? rozpryskuj?c si? na wszystkie strony. W poczekalni panowa?a ?miertelna cisza. Wszyscy ?wiadkowie stali lub siedzieli na swoich miejscach. Nikt nie ?mia? nawet drgn??. Tylko Margaret rozszerzonymi oczami wodzi?a wokó? wci?? odnotowuj?c wszystkie szczegó?y. Nie umkn?? jej jeszcze jeden – gdy lewa r?ka ods?oni?a skryt? zawarto?? p?aszcza, wówczas palce prawej d?oni zwolni?y u?cisk, a spoczywaj?ca w niej kartka wysun??a si? ods?aniaj?c niezdarnie, jakby dzieci?c? r?k? nagryzmolone s?owa „Witamy w Motha!”

Autor: Tomek Nitka

Komentarze

Brak dodanych komentarzy. Może czas dodać swój?

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony

Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
Wygenerowano w sekund: 0.01
1,899,391 Unikalnych wizyt